czwartek, 13 października 2011

Na wariata

Polskie szpitale psychiatryczne pełne są ludzi, którzy nigdy nie powinni się w nich znaleźć – alarmują największe autorytety w dziedzinie psychiatrii. O tym, że na leczenie często trafiają gangsterzy, którzy dzięki żółtym papierom chcą uniknąć odpowiedzialności za popełnione przestępstwa, wiadomo od dawna. Ale opinie psychiatryczne coraz częściej wykorzystywane są także jako broń w rozmaitych konfliktach. Już samo to, że ktoś był badany przez psychiatrów, może załatwić człowieka. 

Rodziny robią więc wariatów z bogatych krewnych, by pozbawić ich majątku, biznesmeni – dorabiają wariackie papiery konkurentom, których chcą wygryźć z interesów, a urzędnicy i przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości – natarczywym petentom, w nadziei, że ci, po zamknięciu w szpitalu psychiatrycznym, przestaną ich prześladować skargami i odwołaniami. Gdy przylgnie do kogoś łatka wariata, już nikt nigdzie nie będzie traktował go poważnie.

63 dni. Dokładnie tyle siedział w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie Piotr Trznadel, rolnik z Białośliwia niedaleko Piły, przewodniczący Związku Zawodowego Rolników Ojczyzna. – Umieszczono mnie na oddziale z pacjentami, którzy siedzieli już w psychiatryku po kilkanaście lat. Zabrano mi telefon komórkowy, zabroniono odwiedzin rodzinie. Gdy zacząłem domagać się przestrzegania praw pacjenta, zostałem przypięty pasami do łóżka. Jak mi powiedzieli lekarze: żebym nie był taki aktywny. W pasach leżałem tydzień. Z całego oddziału przychodziły wycieczki pacjentów, żeby mnie pooglądać. Odmawiałem przyjmowania leków, więc podawali mi je siłą: kilku sanitariuszy wykręcało mi ręce, a pielęgniarka robiła zastrzyk w pośladek. Leki – jak się okazało później – psychotropowe powodowały podkurcz nóg i rąk. Zamiast chodzić, człowiek po nich tak dziwnie dreptał. Język drętwiał, umysł drętwiał – wspomina dziś Trznadel, jak orzekli biegli psychiatrzy, człowiek zdrowy psychicznie.


Wbrew pozorom oraz procedurom prawnym i lekarskim, dorobić zdrowemu psychicznie człowiekowi opinię wariata nie jest tak trudno. – Biegli, którzy za kilkaset złotych wystawiają gangsterom zaświadczenia o chorobie psychicznej, za taką samą sumę zrobią wariata z każdej wskazanej osoby – mówi Z., znany łódzki psychiatra.

Dwa lata temu łódzka prokuratura postawiła Ewie I., byłej ordynator w szpitalu psychiatrycznym im. Babińskiego w Łodzi, zarzut sfałszowania dokumentacji medycznej 35 osób podejrzanych o rozboje, gwałty i wielomilionowe przekręty. Dzięki wystawionym przez lekarkę opiniom psychiatrycznym nie musiały się one stawiać na wezwania organów ścigania i sądów. Niektórym przestępcom – uznanym za niepoczytalnych – udało się uniknąć kary. – Ewa I. pomagała także w sprawach cywilnych – wspomina łódzki psychiatra. Wojciech K. zapłacił jej za to, by odpowiednio zbadała jego żonę Jadwigę, z którą właśnie się rozwodził. Lekarka okłamała więc ślubną K., że musi ją przebadać z nakazu sądu. Po badaniu wydała mężowi zaświadczenie, że Jadwiga K. „wypowiada urojenia o treści prześladowczej w stosunku do męża i dzieci” i „kategorycznie odmawia leczenia”. Ten dołączył orzeczenie do akt sprawy o podział majątku. Gdy Jadwiga K. dowiedziała się, że sąd żadnego nakazu badania nie wydał, również zażądała od lekarki opinii. Tym razem Ewa I. napisała, że „pacjentka jest spokojna”, „nie stanowi zagrożenia dla otoczenia i nie wymaga leczenia”.

Od dziesięciu lat obowiązuje w Polsce ustawa o ochronie zdrowia psychicznego, zgodnie z którą leczyć psychiatrycznie można tylko osobę, która wyraziła na to zgodę. W czasie prac nad ustawą przeciwnicy zapisu o dobrowolności leczenia przedstawiali wizję kraju opanowanego przez zastępy przebywających na wolności niebezpiecznych wariatów, jego zwolennicy przekonywali, że nowe przepisy położą kres nadużywaniu władzy przez lekarzy psychiatrów. Okazuje się jednak, że choć ustawę przyjęto, wciąż istnieją furtki, które pozwalają poddać przymusowym badaniom psychiatrycznym, a nawet zamknąć w psychiatryku zdrowego człowieka.



Furtka pierwsza: groźny dla otoczenia

Zgodnie z ustawą psychiatryczną, osoba, która nie popełniła żadnego przestępstwa, może zostać przymusowo zamknięta w szpitalu psychiatrycznym tylko wtedy, gdy zagraża swojemu życiu albo życiu lub zdrowiu innych osób i jeśli zachodzi podejrzenie, że jest ona chora psychicznie. – W praktyce, jeśli kilkuosobowa rodzina zmówi się przeciwko jednemu z jej członków i przekona psychiatrę, że czują się w jego obecności zagrożeni – nie ma dla niego ucieczki przed szpitalem. To bardzo skuteczna metoda na pozbawienie majątku bogatego krewnego – przekonuje Z.

Chciała ją wcielić w życie rodzina Elżbiety Dobrosielskiej z Pierzchnicy koło Kielc. W latach 90. ojciec Dobrosielskiej podzielił majątek między trzy córki. Elżbieta dostała kilka hektarów sadu. – Kilka lat później ojciec doznał udaru. Matka, z którą zawsze miałam złe stosunki, zapowiedziała, że odbierze mi sad. Sojusznika znalazła w moim mężu, który w tym czasie związał się z jedną z moich sióstr, a gdy złożyłam pozew o rozwód – wystąpił z wnioskiem o ubezwłasnowolnienie mnie – opowiada Dobrosielska. Sąd zażądał od Dobrosielskiego uzasadnienia wniosku. Ten odpisał, że uzasadnienia przedstawić nie może, bo żona nie chce poddać się badaniom.

Trzy dni przed sprawą o ubezwłasnowolnienie siostra Elżbiety sprowokowała awanturę. Razem z mężem i matką zaczęli szarpać Elżbietę. Chwilę później przyjechała wezwana przez nich karetka pogotowia. Przekonali lekarkę, że Elżbieta w ataku szału wszystkich ich pobiła. Pogotowie zabrało ją do szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Dyżurny psychiatra po kilkuminutowej rozmowie z nią zadecydował, że musi tam zostać. – Podawano mi na siłę leki psychotropowe. Byłam po nich otępiała, miałam trudności w mówieniu. Kiedy odwiedziła mnie koleżanka, powiedziałam jej, że nie mogę rozmawiać, bo muszę się położyć spać. Pewnie pomyślała sobie: „A jednak zwariowała!” – mówi Dobrosielska. Po ośmiu dniach niemal odbiła ją ze szpitala rodzina brata matki.

Dobrosielska oskarżyła lekarzy o bezprawne pozbawienie jej wolności. Prokuratura poprosiła o opinię w tej sprawie prof. Stanisława Dąbrowskiego z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Profesor stwierdził, że lekarze, którzy zamknęli Dobrosielską w szpitalu, wielokrotnie naruszyli obowiązujące procedury. Lekarka pogotowia nie uzasadniła, dlaczego zabrała pacjentkę siłą do szpitala, a ocenę jej stanu psychicznego zawarła w lakonicznym stwierdzeniu: „Napad szału”.

Przed nieuzasadnionym zamknięciem w szpitalu zdrowego człowieka miał chronić przepis nakazujący badanie przez dwóch lekarzy. Ale lekarzy jest za mało, mają zbyt wielu pacjentów – więc regułą stało się, że pacjenta bada tylko jeden lekarz, a drugi w ciemno podpisuje wystawione przez kolegę zaświadczenie. Tak było również w przypadku Dobrosielskiej. Lekarz dyżurny przyjmując ją do szpitala nie zasięgnął wymaganej opinii drugiego psychiatry i trzymał ją na oddziale, mimo że nie wykazał u niej choroby psychicznej.

Wprawdzie szpital wystąpił do sądu opiekuńczego o zgodę na przymusowe leczenie Dobrosielskiej (bez zgody sądu pacjent może przebywać w szpitalu do 10 dni), ale zapomniał poinformować o jej wypisaniu. I odbyła się rozprawa w tej sprawie. – Biegła psychiatra, która w ogóle nie badała Dobrosielskiej, wydała opinię, że wymaga ona leczenia szpitalnego. A sąd, opierając się na tej opinii, wyraził zgodę na przymusowe leczenie – mówi prof. Dąbrowski. Prokuratura w postępowaniu lekarzy nie dopatrzyła się jednak znamion przestępstwa i sprawę umorzyła.

Co roku w tzw. trybie nagłym – czyli takim, w którym pogotowie pod przymusem zabiera zagrażającego sobie lub innym człowieka – do szpitali psychiatrycznych trafia 12 tys. osób (w ogóle w szpitalach przebywa obecnie około 200 tys. osób). Wiele spośród nich może być przetrzymywanych i leczonych bezpodstawnie. W 2002 r. zespół pod kierownictwem prof. Dąbrowskiego przebadał na zlecenie Ministerstwa Sprawiedliwości 400 orzeczeń lekarskich dotyczących osób przyjętych do szpitali psychiatrycznych w nagłym trybie. W połowie przypadków lekarze przyjmujący pacjentów nie wyjaśniali przyczyn hospitalizacji, nie podawali, co takiego się stało, że pacjenta uznano za niebezpiecznego. W co czwartym przypadku lekarz przyjmując pacjenta wystawiał opinię psychiatryczną w ogóle go nie badając. – Wydawali orzeczenia pozbawiające kogoś wolności, nie widząc go na oczy! Opierali się głównie na relacjach rodziny i lekarzy pogotowia – mówi prof. Dąbrowski. Jedna na pięć opinii napisana była odręcznie, często zupełnie nieczytelnie. – Sędzia nie mógł więc przeczytać dokumentu, na którym potem oparł się orzekając, czy pacjent ma pozostać w szpitalu, czy nie – kontynuuje Dąbrowski. Pacjenci opinii także nie czytali, bo im ich nie udostępniano (50 proc.). Nie powiadamiano ich także o rozprawach, na których sąd decydował, czy wymagają leczenia (53 proc.) – Sąd przesyłał zawiadomienie do szpitala, ale dyrekcja nie przekazywała go pacjentowi, bo po co wariat ma iść na rozprawę? – mówi Dąbrowski. Zamknięci w szpitalu psychiatrycznym dowiadywali się o decyzji sądu po fakcie. Jeśli się odwoływali – ich skargi traktowano jak urojenia, bo skoro sąd uznał, że muszą się leczyć, to znaczy, że tak właśnie musi być.

– Gdy ktoś znajdzie się w szpitalu psychiatrycznym, jego ubezwłasnowolnienie nie jest już problemem – przekonuje łódzki biegły. Przeprowadzona niedawno przez Ministerstwo Sprawiedliwości kontrola orzeczeń sądów w sprawach o ubezwłasnowolnienia wykazała, że sądy przez wiele lat mechanicznie przychylały się do wniosków rodzin o ubezwłasnowolnienie przebywających w szpitalach psychiatrycznych krewnych. 90 proc. spraw rozpatrywano po ich myśli. Sędziowie nawet nie przesłuchiwali ubezwłasnowolnianych osób, bo biegli wydawali opinię, że kontakt z nimi jest utrudniony i rozmowa z nimi nie ma sensu. Rodziny przejmowały prawo do decydowania o majątku osoby przebywającej w szpitalu i o jej dalszym losie.



Furtka druga: rzuca fałszywe oskarżenia

Na przymusowe badanie i leczenie psychiatryczne można wysłać także tych, którzy dotknęli kogoś słowem – na przykład fałszywie oskarżyli. Jeśli sprawa trafi do prokuratora, a ten poweźmie uzasadnione wątpliwości, że podejrzany mógł być w chwili popełnienia przestępstwa niepoczytalny (gdy popełniony czyn nie ma racjonalnego uzasadnienia, jeśli sprawca przebył kiedyś chorobę psychiczną, doznał urazu mózgu, jeśli kontakt z nim jest utrudniony itp.), powołuje biegłych psychiatrów. Jeżeli biegli orzekną niepoczytalność – sąd umarza postępowanie. – Często zarzuca się ludziom, że kogoś fałszywie oskarżyli tylko po to, by dorobić im wariackie papiery i na zawsze podważyć ich wiarygodność. Specjalistami w takim unieszkodliwianiu są przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, którym ktoś nadepnie na odcisk – przekonuje poseł Zbigniew Nowak (niezależny). Przykładem – jego własna historia.

W 1998 r. Nowak kupił od syndyka upadłą mleczarnię w Pińczowie. Kiedy chciał rozpocząć w niej prace modernizacyjne, okazało się, że część gruntów, na których stoi zakład, nie ma uregulowanych kwestii własnościowych i żadnych robót prowadzić nie można. Nowakowi, który utopił w mleczarni cały swój majątek, udało się ustalić, że syndyk przed jej sprzedażą wiedziała o problemie z gruntami. Złożył do prokuratury w Kielcach zawiadomienie o poświadczeniu nieprawdy przez prowadzącego upadłość sędziego i syndyka. Miał pecha: prokuratura umorzyła tę sprawę, a wszczęła postępowanie przeciwko niemu. Zarzuciła mu, że fałszywie oskarżył sędziego i panią syndyk – która okazała się córką szefa okręgowej rady adwokackiej. W 2001 r. prokurator nakazał biegłym zbadanie, czy Nowak był poczytalny w czasie popełnienia czynu. – Badanie ambulatoryjne trwało kilkanaście minut – relacjonuje Nowak. Diagnoza brzmiała: „Charakteropatia z reakcjami paranoicznymi”, przejawiająca się „upośledzeniem do wyciągania konstruktywnych wniosków z dotychczasowych doświadczeń życiowych” (czyli: Nowak mimo czterdziestki na karku nie wie, że z sędziami i adwokatami się nie zaczyna) oraz „tendencjami do obwiniania otoczenia za swoje niepowodzenia życiowe”. Wszystko to powodować miało, według biegłych, ograniczoną poczytalność Nowaka.

Parę miesięcy później Nowak został posłem. Wystąpił z wnioskiem o przeniesienie toczącej się przeciwko niemu sprawy do innej prokuratury. Przejęła ją prokuratura w Tarnobrzegu. Postępowanie umorzono „z braku ustawowych znamion czynu zabronionego”. – Jeśli nie popełniłem przestępstwa, to chyba nie mogłem być w czasie jego popełnienia częściowo poczytalny? – zastanawia się poseł.

Jednak łatka wariata przylgnęła. Ostatnio Nowak postulował ujawnienie nazwisk najwyższych państwowych urzędników, którzy nie złożyli oświadczeń majątkowych. Wnioskował także do Ministerstwa Sprawiedliwości o podanie liczby toczących się w sądach spraw, w których zaginęły akta. Przez wiele miesięcy odmawiano mu odpowiedzi. Ogłosił więc głodówkę. Dziennikarze TVN 24 zaprosili go do studia i w programie nadawanym na żywo poprosili psychiatrę o ocenę jego stanu psychicznego. Z lekarzem połączyli się telefonicznie i nie podali jego nazwiska, bo, jak twierdzili, nie życzył sobie tego. – Wielokrotnie realizowaliśmy reportaże śledcze w oparciu o informacje przekazane przez Nowaka. To przykre, że akurat jednego z najaktywniejszych posłów spotkało takie poniżenie – mówi dziennikarz TVN – siostrzanej stacji TVN 24.

– Prokuratorzy powinni być bardzo ostrożni powołując biegłych psychiatrów. Już samo badanie piętnuje człowieka, a opinia psychiatryczna – nawet nietrafna – może się ciągnąć za człowiekiem przez całe życie – mówi dr Jerzy Pobocha, przewodniczący Sekcji Psychiatrii Sądowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Prokuratorzy nie bardzo się tym jednak przejmują. Prokurator Błażej Kolasiński z Prokuratury Apelacyjnej w Szczecinie przeanalizował wszystkie postępowania prowadzone przez prokuratury w okręgu szczecińskim, w których powołano biegłych psychiatrów: – W 15 proc. spraw powołano ich, mimo że żadne okoliczności nie nasuwały przypuszczenia, że sprawca może być niepoczytalny. Czasami mimo braku dowodów obciążających osobę, która miała być poddana badaniu psychiatrycznemu.

Zdarzały się przypadki, że na leczenie psychiatryczne kierowano osoby, które, jak się później okazało, wcale nie były sprawcami przypisywanych im przestępstw. Według analiz Kolasińskiego, w co trzecim przypadku prokurator zlecając biegłym opinię psychiatryczną nie przekazywał im kompletu akt sprawy (biegli mają obowiązek się z nimi zapoznać). Lekarze wydawali więc orzeczenia opierając się wyłącznie na badaniu pacjenta. A i to często było niedokładne. – Biegły dostaje wynagrodzenie od opinii, niezależnie od tego, ile czasu poświęci pacjentowi. Wielu ogranicza więc badanie do kilkunastu minut – tłumaczy dr Jerzy Pobocha.



Furtka trzecia: pomawia porządnych obywateli

Dorobienie komuś opinii wariata na tyle skutecznie pozbawia go wiarygodności, że chętnie korzystają z tej metody adwokaci i radcy prawni występujący w sporach majątkowych. – Pretekstem dla skierowania na badanie psychiatryczne strony przeciwnej jest najczęściej oskarżenie o pomówienie. Wystarczy, że ktoś powie coś brudnego o swoim sąsiedzie czy wspólniku, z którym się pokłócił o pieniądze. Chociaż pomówienie jest ścigane z oskarżenia prywatnego (a więc bez udziału prokuratury), to sąd może w przypadku wątpliwości, czy sprawca jest poczytalny, powołać biegłych psychiatrów. Z kimś, kto uznany zostanie za wariata, łatwiej wygrać sprawę przed sądem cywilnym – tłumaczy łódzki psychiatra.

Emerytowana Dobrochna Nowicka jest właścicielką części jednej z kamienic przy ul. Piotrkowskiej w Łodzi. Do 1990 r. kamienicą administrowało Zrzeszenie Właścicieli i Zarządców Domów. Zrzeszenie za grosze wynajęło lokale o łącznej powierzchni 500 m kw. jednemu z lokatorów kamienicy – Henrykowi Dembskiemu, a ten podnajmował je już po rynkowej cenie zainteresowanym osobom. W 1990 r. administrację kamienicy przejęła Nowicka i to jej mieli odtąd płacić czynsz lokatorzy. Dembski jednak nadal ściągał pieniądze z podnajmowanych lokali. W 1994 r. Nowicka napisała do banku PBG pismo, w którym informowała, że Dembski spłaca zaciągnięty w tym banku kredyt z czynszów, które prawnie należą się jej. Dembski oskarżył Nowicką o pomówienie. Reprezentujący go adwokat Lech Brodniewicz wystąpił do Sądu Rejonowego w Łodzi z wnioskiem o badanie psychiatryczne Nowickiej, gdyż – jak stwierdził – słyszał, że leczyła się ona psychiatrycznie (ten sam chwyt stosował także w innych sprawach).

Mimo że Nowicka twierdziła, iż nigdzie się nie leczy, sąd przychylił się do wniosku mecenasa. A gdy Nowicka nie zgłosiła się na badanie – wydał nakaz jej aresztowania i poddania przymusowym badaniom. Została aresztowana 25 października 1994 r. Po 8 dniach poddano ją dwudniowym badaniom i zwolniono z aresztu. Biegli uznali jednak, że nie są w stanie wydać opinii na podstawie badań ambulatoryjnych. Sąd skierował ją więc na obserwację do szpitala psychiatrycznego. Nowicka znów się jednak nie zgłosiła i sąd znów kazał ją aresztować. Na badania w szpitalu czekała w areszcie 27 dni. Po miesięcznej obserwacji znów przewieziono ją do aresztu na 8 dni. W końcu biegli stwierdzili, że Nowicka nie ma objawów choroby psychicznej, a jej iloraz inteligencji jest znacznie wyższy od przeciętnego. Sąd umorzył sprawę pomówienia nie badając zasadności oskarżeń wysuniętych przez Nowicką pod adresem Dembskiego.

W 2002 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka uznał, że trzymanie Nowickiej w areszcie i na obserwacji tyle czasu było niedopuszczalne, szczególnie że była ona sądzona z oskarżenia prywatnego. Przyznał jej 10 tys. euro odszkodowania. Nowicka poddała się w walce o prawa do swego majątku. Eksmitowano ją z ostatnio zajmowanego mieszkania. Nikt nie wie, gdzie jest.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie dysponuje danymi na temat tego, ile osób przebywa obecnie na obserwacji w szpitalach psychiatrycznych w związku z toczącymi się przeciwko nim postępowaniami karnymi ani na temat tego, ile trwają najdłuższe obserwacje. Według pracowników ministerstwa liczba hospitalizowanych zmienia się z dnia na dzień i nikt nie jest w stanie ich zliczyć.



Furtka czwarta: obraża władzę
Gdyby Dobrochna Nowicka podpadła komuś związanemu z wymiarem sprawiedliwości albo jakiemuś urzędnikowi – jej sprawa mogłaby skończyć się o wiele gorzej. Osoby oskarżone o pomówienie czy znieważenie funkcjonariuszy publicznych, które biegli uznają za niepoczytalne, sądy kierują bardzo często na tzw. internację – czyli przymusowe leczenie do szpitala psychiatrycznego. Okresu internacji nie określa się z góry – co pół roku sąd podejmuje decyzję, czy leczenie jest jeszcze konieczne.

66-letni Zenon Witkowski był nauczycielem w szkole zawodowej w Końskich. W latach 80. wybrano go na przewodniczącego szkolnej Solidarności. Czując ciężar odpowiedzialności, jaki niesie z sobą ta funkcja, Witkowski złożył do prokuratury zawiadomienie o nadużyciach finansowych przy budowie szkoły. Pod pismem podpisało się 26 osób. Prokuratura umorzyła jednak sprawę. Wkrótce Witkowskiego zwolniono z pracy. Nauczyciel uznał, że zwolniono go dlatego, że ujawnił nieprawidłowości. Wielokrotnie odwoływał się do sądu, by ten przywrócił go do pracy. Bez skutku. Wnosił o wyłączenie kolejnych sędziów z rozpatrywania jego spraw, zarzucając im stronniczość i działanie na jego niekorzyść.

W 2000 r. został oskarżony o pomówienie sędziego sądu w Końskich. Rozpatrujący sprawę sąd w Starachowicach umorzył sprawę, bo biegli uznali, że Witkowski jest chory psychicznie – cierpi na zespół paranoiczny, przejawiający się występowaniem urojeń prześladowczych. Sędziowie stwierdzili jednak, iż „niewątpliwym jest, że podejrzany w dalszym ciągu będzie manifestował swoją niechęć do wymiaru sprawiedliwości”, a także, że takie postępowanie „jednoznacznie godzi w podstawy wymiaru sprawiedliwości” i podjęli decyzję o umieszczeniu go na internacji w zakładzie psychiatrycznym. W 2002 r. poproszeni o opinię na temat Witkowskiego biegli z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii – największe autorytety psychiatrii sądowej – stwierdzili, że Witkowski nie ma żadnych urojeń i nie jest chory psychicznie. Jest zwykłym pieniaczem, a jego działania wynikają z tendencyjnej interpretacji faktów i chęci udowodnienia swoich racji za wszelką cenę. A wszystko to „mieści się w obrębie psychologicznie zrozumiałych reakcji na kolejne niepowodzenia”. Biegli podkreślili też, że chociaż Witkowski prowadzi swoją pieniaczą działalność 20 lat, nigdy nie przejawiał w stosunku do nikogo agresji. A skoro tak – to nie ma potrzeby hospitalizowania go w szpitalu psychiatrycznym.

– Pieniacze są prawdziwą zmorą wymiaru sprawiedliwości. Zarzucają sędziów i prokuratorów setkami pism, oskarżeń, żądań. A sędziowie nie mogą żadnego z tych pism wyrzucić do kosza, każde muszą rozpatrzyć – mówi prokurator Błażej Kolasiński. Jeśli więc pojawia się okazja, by pieniacza się pozbyć – choćby oskarżając go o pomówienie czy znieważenie i wysyłając do szpitala psychiatrycznego – pokusa jest ogromna.

Także z powodu pieniactwa trafił do szpitala psychiatrycznego wspomniany już Piotr Trznadel. Pretekstem, by go zamknąć w psychiatryku, były groźby. Trznadel zagroził sąsiadowi, który kupił na licytacji jego ziemię, że go zabije. Na wsi to normalka. Większość takich spraw nigdy nie trafia do sądów. Pozostałe są przeważnie umarzane ze względu na niską szkodliwość czynu. Ale Trznadel był już znany sędziemu – jako działacz związkowy wielokrotnie kwestionował publicznie wyroki sądowe, z innymi związkowcami utrudniał pracę podległym sądowi komornikom. Biegli psychiatrzy powołani do zbadania jego poczytalności stwierdzili, że pozostawienie go na wolności „nie będzie stanowiło poważnego zagrożenia dla porządku prawnego, ale będzie uciążliwe ze względu na jego postawę pieniaczą”. I sąd wysłał Trznadla do szpitala. Siedziałby tam pewnie do dzisiaj, gdyby nie interwencja pracowników biura senatora Zbigniewa Romaszewskiego i lokalnych dziennikarzy.

Według prokuratora Kolasińskiego, w takich sprawach sądy w ogóle nie powinny kierować ludzi na przymusowe leczenie do szpitali. – Według starego kodeksu karnego sąd mógł orzec detencję wobec niepoczytalnego sprawcy przestępstwa, gdy jego pozostawanie na wolności groziło poważnym niebezpieczeństwem dla porządku publicznego. Zgodnie z nowym kodeksem internację można orzec wyłącznie wówczas, gdy niepoczytalny sprawca popełnił czyn o znacznej społecznej szkodliwości i zachodzi wysokie prawdopodobieństwo, że popełni taki czyn ponownie. Skoro maksymalna kara za pomówienie i groźby wynosi dwa lata, to widać ustawodawca uznał, że są to czyny o niskiej szkodliwości społecznej – przekonuje prokurator.

Tymczasem z przeprowadzonych przez niego badań wynika, że co trzecia orzeczona w okręgu szczecińskim internacja dotyczyła właśnie takich błahych spraw. – Według ostrożnych szacunków w szpitalach psychiatrycznych przebywa co najmniej kilkaset osób, które nigdy nie powinny się tam znaleźć, bo popełnione przez nich czyny nie są czynami o wysokiej szkodliwości społecznej – dodaje dr Jerzy Pobocha.

Ministerstwo Sprawiedliwości nie ma danych dotyczących tego, ile osób jest obecnie internowanych w szpitalach psychiatrycznych, ani w związku z popełnieniem jakich przestępstw zostały tam skierowane. Nam udało się zdobyć zestawienia spraw umorzonych z powodu niepoczytalności sprawców na obszarze działania ośmiu z dziesięciu prokuratur apelacyjnych w Polsce (bez warszawskiej i katowickiej). Od czasu wejścia w życie nowego kodeksu karnego na obszarze działania tych prokuratur, sądy po umorzeniu sprawy, skierowały do szpitali psychiatrycznych 44 proc. osób oskarżonych o groźby, 40 proc. oskarżonych o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza, co piątego oskarżonego o zniewagę funkcjonariusza i co dziesiątego oskarżonego o fałszywe zeznania.

Sprawcy wymienionych przestępstw przebywają często w szpitalu o wiele dłużej, niż spędziliby w więzieniu, gdyby ich normalnie osądzono i dano najwyższy wymiar kary. Z wykazu trwających detencji na terenie czterech prokuratur apelacyjnych: gdańskiej, rzeszowskiej, lubelskiej i wrocławskiej, wynika, że osoby internowane w związku z oskarżeniem o groźby (maksymalna kara to dwa lata pozbawienia wolności) w szpitalach psychiatrycznych leczone są nawet 10 lat, oskarżeni o naruszenie nietykalności cielesnej funkcjonariusza (kara do 3 lat pozbawienia wolności) – leczą się nawet po 9 lat, a oskarżeni o składanie fałszywych zeznań (kara do 3 lat pozbawienia wolności) – po 8 lat.

Co ciekawe, sądy, które orzekają detencję wobec sprawców błahych przestępstw, nie orzekają jej wobec prawdziwych kryminalistów. Po umorzeniu sprawy wypuszczają od razu na wolność co czwartego niepoczytalnego zabójcę oraz prawie co drugiego pedofila i gwałciciela. Ci, których sądy kierują na przymusowe leczenie do szpitali psychiatrycznych – nie przebywają tam zbyt długo. Na obszarze działalności czterech wymienionych wyżej prokuratur apelacyjnych dwaj najdłużej internowani pedofile siedzą najwyżej 3 lata, a gwałciciel – 8 lat. Oba przestępstwa zagrożone są karą do 10 lat pozbawienia wolności. – W sądach krąży żart, że gangsterzy nie chcą siedzieć w szpitalu z prawdziwymi czubkami, psychopatami, po których nie wiadomo, czego można się spodziewać, więc płacą lekarzom, żeby kierowali do nich wyłącznie zdrowych – śmieje się biegły z Łodzi.

Solidarność środowiska lekarskiego sprawia, że lekarze, którzy bezprawnie zamkną w szpitalu psychiatrycznym zdrowego człowieka, nie ponoszą za to odpowiedzialności. Psychiatrzy rzadko podważają w swych diagnozach orzeczenia kolegów, nawet jeśli się z nimi nie zgadzają. Badania dotyczące nieprawidłowości związanych z przymusowym leczeniem psychiatrycznym nie wychodzą poza środowiskowe konferencje (tak było z analizami prokuratora Kolasińskiego) albo trafiają do ministerialnych szaf (jak w przypadku badań prof. Dąbrowskiego). Tymczasem od spraw, w których sądy wysyłają na leczenie do szpitali uciążliwych petentów, niedaleko już do pozbywania się za pomocą psychuszek przeciwników politycznych.

Bezprawne zamknięcie zdrowej osoby w szpitalu psychiatrycznym uchodzi lekarzom na sucho także dlatego, że prawo nie traktuje takiego pozbawienia wolności jako szczególnie dolegliwego: decyzję o tym, czy kogoś aresztować, nakazuje sądowi podjąć w ciągu 48 godzin od zatrzymania, a decyzję o tym, czy zostawić kogoś w szpitalu – w 10 dni, w areszcie sąd zamyka na określony czas – na detencję kieruje bezterminowo. Tymczasem dla zdrowego człowieka kilka dni w szpitalu może być piętnem na całe życie, koszmarem, którego nie da się zapomnieć. Lęk przed powrotem do domu bez klamek pozostaje w tych, którzy już raz w nim byli, na zawsze. By go uciszyć, jeżdżą do największych autorytetów psychiatrii, zbierają opinie, że są zdrowi. Zastanawiają się nad każdym gestem, by nie obudzić w kimś podejrzenia: a może jednak z nimi coś nie tak
?
Bianka Mikołajewska

Artykuł pochodzi ze strony:http://archiwum.polityka.pl/


Artykuł dosyć długi, więc leniwych zapraszam do posłuchania: i/ lub ściągnij:






Wydrukuj i / lub ściągnij na dysk cały artykuł: Kliknij

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga. Od lutego 2013 roku komentarze mogą ukazywać się ze znacznym opóźnieniem

Możesz użyć następujących atrybutów HTML:

Tekst pogrubiony: <b>twój tekst... </b>
Tekst pochylony: <i>twój tekst...</i>
Odnośnik (Link): <a href="adres strony">widoczna nazwa</a>
Adres e-mail: <a href="mailto:wstaw adres e-mail">nazwa</a>

Zaprzyjaźnione strony:

Wolne Media - Toplistaopsychiatrii.pl

Najlepsze Blogi Katalog Stron Katalog Stron Statystyki, katalog stron www, dobre i ciekawe strony internetowe Katalog stron katalog stron katalog.budzyk


Jeśli zgadzasz się z przesłaniem i tematyką tej strony, jesteś ofiarą psychiatrów, lub nie są Ci obce problemy ludzi borykających się z przymusem psychiatrycznym, dyskredytacją, nadużyciami, pomóż w promocji tej strony: skopiuj kod poniżej i wklej go na swoją stronę lub fora. Z góry serdeczne dziękuję.

anty-psychiatria.blogspot.com

http://anty-psychiatria.blogspot.com/

Skopiuj pasek mikro kodu (Html): <a href="http://anty-psychiatria.blogspot.com/" target="_blank"><img src="https://lh6.googleusercontent.com/-1eA28V8ltEM/TwW2Is3KwvI/AAAAAAAABS0/9IZD4Guzh9Q/s154/anty-psychiatria.blogspot.com.jpg" alt="anty-psychiatria.blogspot.com" /><p style="font-family:Times new roman; font-size:10px;">http://anty-psychiatria.blogspot.com/</p></a>

lub kod zwykły link: <a href="http://anty-psychiatria.blogspot.com/" target="_blank">http://anty-psychiatria.blogspot.com/</a>

KOD QR - ZESKANUJ STRONĘ I PRZEKAŻ DALEJ

Etykiety bloga: